Witaj na portalu www.powiatlubinski.pl
Dziś jest poniedziałek, 13 lipiec 2020. Imieniny: Irwina, Margarety

Był bezpartyjnym ascetą, któremu ufał … Gomułka

Zgłoś nadużycie  Drukuj artykuł  Pobierz jako PDF
Autor: cochise1815  Data dodania: 23.10.2012 09:25   Data modyfikacji: 23.10.2012 09:27

Oceń artykuł:

Ludzie z jego pokolenia mówią zgodnie: Kombinat zbudował Tadeusz Zastawnik. Wspominają niezwykłego człowieka. Dyrektora o wielkim sercu. Bez niego nie byłoby KGHM i Lubina. Dziś mało kto o nim pamięta.

Gdy kilka dni temu dotarła z Warszawy do Lubina wiadomość o śmierci Tadeusza Zastawnika, pierwszego dyrektora Kombinatu Górniczego Miedzi – dzisiejszego giganta znanego w świecie jako KGHM Polska Miedź SA – Zbigniew Warczewski pytał swoich znajomych 30 – latków, czy wiedzą, kim był marły. – Nikt nie wiedział. Ola, córka mojego przyjaciela, zapytała: " Dlaczego się o tym nie uczy w szkole?" – mówi emerytowany mierniczy z Przedsiębiorstwa Budowy Kopalń.

Dziwne zaufanie I sekretarza

Był wybitnym fachowcem. Władysław Gomułka zlecił mu budowę kombinatu, mimo, że Tadeusz Zastawnik otwarcie przyznawał się do wiary.

– Poza nomenklaturą i w dodatku katolik, o czym wiedzieliśmy ... . No, kto w tamtych czasach mógł ujawnić, że chodzi do kościoła i zajmować wysokie stanowisko? Nikt, on był wyjątkiem – wspomina Grzegorz Rzeski, za czasów dyrektora Zastawnika naczelnik wydziału zajmującego się wizytami w KGHM.

– Choć nigdy nie należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, komuniści powierzali mu najważniejsze stanowiska w kombinacie – dodaje Jan Pazdziora, wieloletni dyrektor ekonomiczny Zakładów Górniczych Konrad w Iwinach i kronikarz dziejów Polskiej Miedzi.

Zastawnik pracował tam, zanim trafił do KGHM, gdzie był dyrektorem generalnym w latach 1962 – 1975. Ratował zalaną przez Niemców kopalnię Miedzi pod Bolesławcem. Nie chciał przyjeżdżać na Dolny Śląsk, ale nie miał wyboru – dostał nakaz i musiał wykonać zadanie. I wykonał. Mimo, że nie był ani górnikiem, ani hutnikiem, uruchomił kopalnie. Potem sam Gomułka stwierdził, że do Lubina – gdzie akurat drążono pierwszy szyb – trzeba wysłać Zastawnika, bo on zna się na robocie.

Dwa lata później, gdy woda zniszczyła oba szyby, wydawało się, że marzenie o kopalni legło w gruzach. Los Tadeusza Zastawnika był niemal przesądzony. Pierwszy sekretarz poprosił dyrektora do Warszawy.

– Władysław Gomułka zapytał mnie " Towarzyszu, czy wy wierzycie w to, że w Lubinie da się zbudować kopalnie? Biuro polityczne jest podzielone. Mówi, że gdyby to było możliwe, Niemcy by już to zrobili" – opowiadał w 2000 roku Zbigniewowi Warczewskiemu – Odpowiedziałem: " Wierzę, towarzyszu I sekretarzu. Gdybym nie wierzył, to by tu mnie nie było ". Na co on wyznał: " Ja też wierzę".

Zastawnik wrócił do Lubina i odpowiadał za firmę jeszcze przez 10 lat, aż do 1974 roku.

– Stało się to nagle, bez zapowiedzi. Patrzę któregoś dnia, a tu wpada delegacja z ministerstwa i idzie do gabinetu dyrektora. Niosą walizkę czerwonych goździków. Trwało to parę minut: buźka, rączka, dziękujemy, odwołujemy – pamięta jak dziś Grzegorz Rzeski. Przedstawili nowego dyrektora – Tadeusza Babiska, protegowanego partii.

– Dziś można powiedzieć, że to był partyjny zamach - dodaje Zbigniew Warczewski.

Pierwszy doktor na miedzi

Był rewelacyjnym menedżerem – Człowiek o wysokiej kulturze osobistej, dużej wiedzy. Samorodny talent w zakresie organizacji w zakresie organizacji i zarządzania przedsiębiorstwem – mówi Paździora. Tadeusz Zastawnik zrobił też jako pierwszy w KGHM doktorat, ale nie z górnictwa czy z hutnictwa, lecz z ekonomii.

– Potem mobilizował do tego innych – dodaje Rzeski.

– Dla mnie to był ideał szefa, menadżera, dyrektora – przyznaje Warczewski. – Bardzo poukładany, ale zawsze znalazł czas dla zwykłego górnika, jeśli ten do niego przyszedł. Dbał o firmę, o miasto, o szkoły, o młodzież, o sport, o turystykę… Dziś już nie ma takich ludzi.

Jaki to lek?

Jak mantra powierza się we wspomnieniach o Tadeuszu Zastawniku określenie: "człowiek o wielkim sercu"

– Przykładów na potwierdzenie jest mnóstwo, ale podam jedne. Zachorowała na raka szeregowa pracownica z księgowości – opowiada Rzeski – Potrzebowała leku, który można było dostać tylko we Francji. Zastawnik zapytał: " Jaki to lek?" , po czym wysłał moravę – firmowy samolot – do Francji po te zastrzyki.

O nim jednak nikt w taki sposób nie pamiętał.

– Po odejściu z KGHM był między innymi ministrem. Ale gdy przestał pełnić eksponowane funkcje, zabrakło dla niego miejsca w klinice rządowej. KGHM też nigdy nie uregulował ważnej sprawy – pierwszy dyrektor miał emeryturę gorszą od niejednego górnika – mówi ze smutkiem Warczewski. On nigdy nie potrzebował wiele, ale mimo to chyba należało mu się więcej…

Grzesiu, popatrz w górę

Dostrzegał to, na co inni nie zwracali uwagi. Gdy zobaczył urwane gniazdko, na drugi dzień, jeśli nie było naprawione, sam brał narzędzia i przykręcał. Rzeski wspomina, jak któregoś ranka dyrektor zawołał go i pokazując na jeden z budynków, poprosił: "Grzesiu, popatrz w górę".

– Patrzę i nie wiem, o co chodzi, a dyrektor: "Pajęczyna. Nie widzisz? Trzeba ją zdjąć" – ze śmiechem opowiada lubinianin.

Albo innym razem usłyszał słowiki w parku przy firmie i mówi mi, że mam załatwić 50 budek dla ptaków. Dogadałem się z dyrektorem szkoły górniczej i młodzież na warsztatach zrobiła te budki.

Skromności dyrektora jego podwładni nie mogli się nadziwić. Żył jak asceta, miał stare biurko i wydarty dywan. Gdy kiedyś Rzeski mu ten dywan wymienił, Zastawnik go zwinął, rozłożył stary i pogroził palcem młodemu naczelnikowi. Na jeden z rajdów turystycznych przyjechał z żoną wręczyć nagrody zwycięzcom.

– Siedział na trawie, jak wszyscy, a górnicy szeptali: "Patrz, to dyrektor Zastawnik" – wspomina Warczewski.

– W 1956 roku, kiedy przyjechał pod Bolesławiec na spotkanie z wyborcami, a potem przy herbacie do późna czekał na pociąg powrotny do Warszawy. Mógł przyjechać samochodem, ale uważał, że to nie wypada i wybrał się zwykłym pociągiem – pamięta Jan Paździora.

Dyrektor naczelny był bardzo ludzki. Sam nie pił i pilnował, by nie było pijaństwa w pracy i żeby alkoholu w ogóle nie było za dużo. Ale rozumiał, że czasem się bez niego nie obeszło.

– W 1972 roku, w pamiętnym Pociągu Przyjaźni, na wysokich piętrach hotelu Leningrad razem rozdawaliśmy górnikom koniaki, by mieli przy czym debatować o przyjaźni polsko – radzieckiej – uśmiecha się Warczewski.

Jedno zdanie...

Nad grobem Zastawnika Warczewski wykrztusił: "Panie Dyrektorze, dziękuję w imieniu mojego pokolenia za wielką przygodę życia".
wsp. Piotr Kanikowski

Agata Grzelińska

Bibliografia

Polska Gazeta Wrocławska (3 lutego 2012)