Witaj na portalu www.powiatlubinski.pl
Dziś jest środa, 11 grudzień 2019. Imieniny: Damazego, Waldemara

Janusz Zarenkiewicz - W rękach chował materiały wybuchowe

Zgłoś nadużycie  Drukuj artykuł  Pobierz jako PDF
Autor: cochise1815  Data dodania: 02.11.2012 21:37   Data modyfikacji: 02.11.2012 21:37

Oceń artykuł:

Janusz Zarenkiewicz
boks


Urodził się 3 sierpnia 1959 we wsi Nowy Las, niedaleko Głuchołazów.
Absolwent Technikum Budowlanego w Nysie, reprezentant Pogoni Prudnik (1975 – 1977), Moto-Jelcza Oława (1978-1983) i Zagłębia Lubin (1983-1991).
5-krotny mistrz Polski seniorów w wadze superciężkiej (1981, 1982, 1986, 1987, 1989). Zdobył olimpijski brąz w Seulu (1988) i brąz ME w Budapeszcie (1985).
Żona Bożena, dwóch synów.


Artykuł ukazał się 30 października 2008 roku w Gazecie Wrocławskiej

W rękach chował materiały wybuchowe

Jego brązowy medal przywieziony z Seulu był dla regionu sprawą wagi ciężkiej. Ba! Nawet superciężkiej, bo w takiej przecież kategorii został zdobyty. Z Dolnoślązaków jeszcze tylko wrocławski zapaśnik Józef Tracz posmakował tam olimpijskiego krążka. Też brązowego.

Pięściarzowi Zagłębia Lubin brąz dały dwie zwycięskie walki. Do trzeciej, półfinałowej, już nie stanął. A szkoda, bo czekał nań sam Lennox Lewis, późniejszy champion zawodowych ringów, wtedy 23-letni młodzieniec.

– Byłaby ciężka przerwa. Niestety, do walki nie dopuścił mnie lekarz. Po pojedynku z Niemcem miałem tak sino pod oczami, że na rozpoczęcie turnieju czekaliśmy tydzień, a później musieliśmy walczyć dzień po dniu. Ze Schniedersem skończyłem się bić pół godziny przed północą, a rano następnego dnia mieliśmy wagę. Gdyby był dzień przerwy, rany by oklapły. A Lennox? Bać się nie bałem, ale lekko by nie było. Sparowałem z nim trzy lata wcześniej na turnieju Stamma. No a w Seulu zdobył złoto – przypomina Zarenkiewicz.

Co ciekawe, albo co gorsza, w podobny sposób stracił nasz bokser szansę na coś więcej niż brąz mistrzostw Europy. Przywiózł go z Budapesztu w 1985 roku. – Wtedy poszły mi żuchwy skroniowe. Za tą kontuzją już pojechałem na turniej, bo na ostatnim sparingu strzelił mnie Szwed. No i na Węgrzech już w pierwszej walce Włoch wszystko naruszył. W półfinale miałem walczyć z Jakowlewem, który zdobył złoto. A ja go pokonałem dwa lata później na silnie obsadzonym InterCup w Niemczech – zaznacza.

W Seulu nasi pięściarze w ogóle upodobali sobie brąz. Sięgnęli też po niego Jan Dydak (półśrednia), Henryk Petrich (półciężka) i Andrzej Gołota (ciężka). Czy z tym ostatnim była sztama? – Wręcz przeciwnie. Nawet w Seulu musieli nas rozłączać, bo daliśmy do wiwatu. W ramach aklimatyzacji przylecieliśmy tam półtora tygodnia przed rozpoczęciem igrzysk. Sparowaliśmy i tak od strzału do strzału wywiązała się niezła jatka. Zaczęli na nas krzyczeć, że się pozabijamy. Koleżeństwa między nami nie było, ale z drugiej strony, jakieś wielkiej niechęci też nie. Po prostu – kumpel – precyzuje mistrz.

Inne olimpijskie wspomnienia? – W pierwszej walce z Portorykańczykiem Arroyo stanąłem sędziemu na nogę i się wypieprzył. No, to waga superciężka – dodaje. Na co dzień też nie ma Zarenkiewicz lekko. Pracuje przecież w kopalni Rudna na stanowisku wydawcy materiałów wybuchowych. Taki wybuchowy materiał chował też przez całą karierę w obu dłoniach. I odpalał w ringu, gdy wymagała tego sytuacja. W sumie to nie przypadek, że facet z jego posturą trafił na taki stołek. Siłą nikt mu przecież tych "fajerwerków" nie odbierze. Bardziej niebezpiecznymi zajęciami też się nie brzydził.

– W zasadzie to jestem na angażu górnik strzałowy- wydawca materiałów wybuchowych, choć to pierwsze zajęcie wykonuję doraźnie. Czy to groźne? Bardzo. Przecież to właśnie górnik strzałowy pierwszy wchodzi w te przodki, w które materiał ładuje – tłumaczy.

Na tym z resztą nie koniec jego kopalnianych prac. – Jestem też w sekcji ratowniczej. I dobrze, bo gdy tam trafiłem, musiałem się za siebie wziąć. Ważę teraz 128 – 130 kg, a było już nawet 146,5. Ratownik musi być przecież sprawny – zauważa.

Do miłych obowiązków należy też… śpiewanie w Górniczym Chórze Męskim przy ZG Lubin.
– Takie są w rodzinie tradycje. Tata grał, bracia grali, a ja śpiewałem, bo słuch po prostu mam. Rocznie dajemy około pięćdziesięciu występów. I w karczmach i na wręczeniach szabli, mamy tez festiwale i mistrzostwa – mówi potężny olimpijczyk. I tu ciekawostka. – Śpiewam w pierwszych tenorach, w pierwszych głosach. Wysoko – dodaje z dumą.

Trudno jednak powiedzieć, że w życiu Zarenkiewicz też cienko śpiewa. Wręcz przeciwnie. Postawił domek w Krzeczynie Wielkim koło Lubina, cieszy go rodzina, ma plany. – Jestem szczęśliwym człowiekiem, a za rok przechodzę na emeryturę. Tę olimpijską mam od 2000 roku – 2350 zł brutto. Ze starymi kumplami też się spotykam. Z Heniem Petrichem jesteśmy na telefonie, a i Janka Dydaka ostatnio widziałem. Oj, przytył nam Janek. Teraz ma setkę, a przecież w półśredniej chodził. Ważył 67 – uśmiecha się.

Zarenkiewicz to także lubiński radny, walczący m.in. o nowoczesną, wielofunkcyjną halę. Ringowe doświadczenia zamierza przekazywać adeptom Miejskiego Klubu Bokserskiego Górnik Lubin. Pytanie tylko, czemu synowie między liny nie weszli.

– Młodszy, Mariusz, ma 202 cm i gra w piłkę ręczną. W II lidze na Uniwersytecie Zielonogórskim. Jest po krakowskiej AGH, a teraz ma staże u mnie w kopalni. Starszy, Marcin, chłop dwa metry. Był we wrocławskiej Gwardii, jednak młodzi trenerzy się nim nie zainteresowali. Myślę, że to błąd, bo byłby z niego bokser – mówi senior. – I koniecznie proszę pozdrowić Czytelników – dodaje. No to pozdrawiamy. Tym z superciężkiej lepiej nie odmawiać.

Bibliografia

Koerber Wojciech, Olimpijczycy sprzed lat, Wrocław 2012 r., s.28-31