Witaj na portalu www.powiatlubinski.pl
Dziś jest środa, 11 grudzień 2019. Imieniny: Damazego, Waldemara

Natalia Czerwonka - Nie posmakowała medalu

Zgłoś nadużycie  Drukuj artykuł  Pobierz jako PDF
Autor: cochise1815  Data dodania: 02.11.2012 21:55   Data modyfikacji: 02.11.2012 21:56

Oceń artykuł:

Natalia Czerwonka

Nie posmakowała medalu

Jest drugą po Lilianie Morawiec, która startowała w igrzyskach w Sarajewie (1984), łyżwiarką olimpijką z Lubina. Czy jest równocześnie pierwszą medalistką? Formalnie nie, bo na podium nie stanęła, ponieważ ani razu nie przejechała dystansu w zawodach w Richmond. Nie tylko moim zdaniem to jednak pewna niesprawiedliwość, gdyż rezerwowy ma duży wkład w wynik osiągnięty w igrzyskach, a często decydujący o awansie w kwalifikacjach. Tak było właśnie z Natalią, więc pominięcie przy dekoracji jest bolesne.

– Najpierw była wielka radość, skakałam do góry jak koleżanki. Zawsze byłam z dziewczynami, na dobre i złe. Spędzałyśmy ze sobą wiele miesięcy, znamy się jak łyse konie. Po chwili przyszła jednak refleksja, że z wymarzonego medalu nici. To rzeczywiście bolał, ale niezbyt długo. Życie idzie naprzód, nadal jesteśmy jedną drużyną, możemy walczyć o następne trofea, jeśli oczywiście zdrowie dopisze.

Doskonale wiedziałam, że dwie pozycje w naszej reprezentacji są niepodważalne. O trzecie miejsce, można powiedzieć, "rywalizowałam" z Kasią Woźniak. Ale rywalizacja była pozorna, bo wszystkie chciałyśmy sukcesu naszego zespołu. Nawzajem się dopingowałyśmy, by jeździć coraz szybciej i to przyniosło efekty. Wcześniej, w kwalifikacjach do igrzysk, w zespole jeździła Kasia, ja wystąpiłam w reprezentacji w biegu decydującym o kwalifikacji. W styczniu, w indywidualnym starcie w Salt Lake City, nie poszło mi zbyt dobrze w wyścigu na 1500 m. Przegrałam wyraźnie z Kasią i czułam, że mam mniejsze szanse. Na dwa dni przed ostatnią konkurencją łyżwiarskiego programu igrzysk wiedziałam już, że w rywalizacji z Rosjankami wystąpi Kasia. Żeby było jasne, ogromnie cieszyłam się z sukcesu koleżanek, choć wiedziałam, że zwycięskiego składu się nie zmieni i maleją moje szanse na olimpijski występ w biegu drużynowym. Muszę dodać, że z moją "rywalką" mam bardzo dobre stosunki, przyjaźnimy się, czytamy te same, dobre książki, a gdy czas pozwala, chodzimy razem na dobre filmy.

Urodziła się w Lubinie, w mieście miedzi mieszka niemal cały czas. Niemal, bo z wyjątkiem krótkiego okresu pobytu w zakopiańskiej Szkole Mistrzostwa Sportowego.

Do łyżwiarstwa trafiła przypadkiem, w dzieciństwie jeździła rzadko i oczywiście tylko na figurówkach.

– Nawet nie wiedziałam, że istnieje taki sport jak łyżwiarstwo szybkie. Ta dyscyplina niestety nie cieszy się dużym zainteresowaniem. Mimo że w moim mieście był sztucznie mrożony (choć zbyt krótki) tor, nigdy na nim nie jeździłam. Gdy uczyłam się w trzeciej klasie szkoły podstawowej, odwiedziła nas Małgorzata Kaczmarek, później moja pierwsza trenerka i namawiała do przeniesienia się do szkoły sportowej. Na propozycję przystałam, ale oczywiście musiałam się poddać sprawdzianowi. Biegłam na 300 m, skakałam w dal, rzucałam piłką i okazało się, że ma predyspozycje do uprawiania sportu. W szkole sportowej były dwie klasy: lekkoatletyczna i łyżwiarska. Zadecydował za mnie ojciec, choć także nie miał wówczas pojęcia, czym jest jazda na panczenach. Dziś należy do najbardziej zagorzałych kibiców w kraju, potrafił wyrwać się z sanatorium ( jest ratownikiem w kopalni miedzi), by pojechać do Heerenveen i dopingować mnie, ile sił w płucach.

Najpierw jeździłam na łyżwach figurowych, a już po roku dostałam z klubowego przydziału prawdziwe panczeny. Mój pierwszy rekord życiowy był śmieszny, 500 m przejechałam w… 1 minutę i 13 sekund! Ale to pierwsze koty za płoty, potem było znacznie lepiej i wszystko potoczyło się utartym szlakiem: sukcesy w OZD, potem w Viking Race. Gdy jednak zaczynałam dobrze jeździć, tor w Lubinie został zamknięty, bo wymagał remontu. To był najgorszy okres dla łyżwiarstwa w moim rodzinnym mieście. Starsi zawodnicy kończyli kariery, nie było naboru młodzieży. Musiałam się ratować, pojechałam do zakopiańskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Ten okres wspominam niezwykle miło. Po pierwsze trener Marek Pandyra okazał się świetnym fachowcem, po drugie wszystko było bardzo profesjonalne. Treningi przeplatane lekcjami, letnie zgrupowania, a zimą, gdy zakopiański tor spływał wodą, wyjazdy na tory do Tomaszowa Mazowieckiego i Sanoka.

Dość szybko przebiłam się do kadry narodowej, furtkę otworzyły mi srebrne medale mistrzostw Europy juniorów w Warszawie w biegach na 500 i 1000 m oraz brązowy w drużynie. Do wymarzonej kadry trafiłam po igrzyskach w Turynie, choć byłam jeszcze juniorką, ale pani Ewa Białkowska uwierzyła we mnie, a budowała wówczas kobiecą kadrę. I to ona wystawiła mnie w reprezentacji w ME w rosyjskiej Kołomnie. Byłam 17., jednego miejsca zabrakło mi, by znaleźć się w elicie.

Natalia świetnie czuje się w biegu drużynowym, bo najbardziej lubi średnie dystanse. Za największy sukces uważa występ w Pucharze Świata w Erfurcie w 2009 roku, kiedy ku kompletnemu zaskoczeniu fachowców, Polki zajęły 3 miejsce. I oczywiście swój występ w kwalifikacyjnym biegu w Salt Lake City w grudniu 2009 roku, który zadecydował o występie biało – czerwonych łyżwiarek w igrzyskach. Na trzecim miejscu stawia swój rekord życiowy na dystansie 1500 m (1 minuta 57 sekund).

Bibliografia

Chruścicki Bogdan, Kowalczyk Kazimierz, Żemantowski Jacek, Dziewiąta dekada panczenistów – Kobietom do twarzy w brązie, Warszawa 2011 r., s. 56-57